niedziela, 19 stycznia 2014

Nie mogli rozpłynąć się w powietrzu.


Mam nadzieję, że treścią nadrobiłam długość tej notki. Niestety, ze względów "technicznych" musi taka być. Miłego czytania.

~**~


Po powrocie do domu od razu zamknąłem się w swoim pokoju i włączyłem komputer. Musiałem coś znaleźć na temat słowa „Sathina”, nawet jeśli miałbym przekopać wszystkie strony internetowe. Kliknąłem ikonę przeglądarki i wpisałem hasło w wyszukiwarce. Nic konkretnego się nie wyświetliło. Przejrzałem kilka wyników, jednak szybko mój zapał zniknął. Nic. Zero. Ciężko opadłem na oparcie fotela i westchnąłem dość głośno. Wiedziałem, że jeśli nie znajdę niczego tutaj, to istnieje tylko jedno wyjście. Biblioteka szkolna na czas przerwy letniej jest zamknięta, a innej w naszym miasteczku nie ma. Jednak znałem osobę, która posiada swój prywatny zbiór książek, dorównujący temu szkolnemu. Perspektywa odwiedzenia tej dziewczyny przyprawiała mnie o dreszcze. Nie owijając w bawełnę, Choi Yongwoo mnie przerażała. Sam nie wiem czemu. Może dlatego, że w trakcie zajęć szkolnych nie odstępowała mnie na krok. A może przez pobicie dziewczyny, która otwarcie ze mną flirtowała. Albo przez te wszystkie listy, które znajdowałem dosłownie wszędzie, w szafce, na stoliku, w plecaku, a  nawet w kieszeniach własnych spodni. Ona zwyczajnie ma obsesję. Może się to wydawać śmieszne, ale trzęsę portkami, kiedy o niej słyszę. Spojrzałem na zegar, 13:30. Biłem się z myślami, obserwując nieustający ruch wskazówek. Jeśli chcę się czegokolwiek dowiedzieć muszę pokonać swoje obawy i wykorzystać urok, by bez problemu dostać się do źródła informacji. Ruszyłem w stronę szafy. Wyjąłem z niej czarną koszulkę z dość szeroko wyciętym dekoltem, jak na męską część garderoby i granatowe szorty. Podszedłem do lustra i przeczesałem roztrzepane włosy. Zrobiłem kilka kroków w tył i oceniłem całokształt. Nieźle. Powinno zadziałać. Schodząc na dół zastanawiałem się co powiedzieć i jednocześnie uspokajałem, by nie uciec stamtąd jak ostatni tchórz. Stwierdziłem, że po drodze wstąpię do kwiaciarni. Jakaś róża czy tulipan na pewno ułatwi sprawę i pomoże pozbyć się dodatkowych pytań. Ubrałem buty i wyszedłem. Kwiaciarnia znajdowała się w centrum, czyli mniej więcej 20 minut spacerem. Zapomniałem o słuchawkach, więc ruszyłem wsłuchując się w rumor dnia codziennego. Przyglądałem się sąsiadom wykonującym prace w ogrodach, które o tej porze roku żyły w pełni. Inni zaś kryli się w garażach, próbując naprawić swoje pojazdy. Obserwowanie tych zwykłych czynności tak mnie pochłonęło, że zanim się obejrzałem, byłem u celu. Pchnąłem drzwi i z uśmiechem przywitałem kwiaciarkę, która równie pogodnie odpowiedziała. Wybrałem pierwszą z brzegu różę, nie zważając na jej wygląd. Zapłaciłem i uprzejmie się pożegnałem. Gdy wyszedłem, skręciłem w lewo w stronę domu Yongwoo. Przeszedłem kilka metrów, gdy dosłownie przed moim nosem ktoś w zastraszającym tempie przebiegł. Zatrzymałem się gwałtownie, zaskoczony. Popatrzyłem w bok, wzrokiem podążając śladami tej osoby. Jakiż mój wyraz twarzy musiał być komiczny, gdy ujrzałem Jimina. Stał skryty za niewielkim kioskiem, rozglądając się na wszystkie strony, jakby bał się, że zostanie zauważony. Po chwili wyjął telefon, a gdy już się z kimś połączył jego gesty stały się bardziej nerwowe niż wyraz twarzy. Ten chłopak był chodzącą zagadką, którą musiałem rozwiązać. By to osiągnąć należało po kolei odpowiedzieć na nasuwające się pytania, a tego nie mogłem zrobić bez pomocy mojej prześladowczyni. Oderwałem wzrok od nowego mieszkańca i powolnym krokiem ruszyłem wąską uliczką między sklepami, która stanowiła skrót do jej domu. 

Starałem nie zaprzątać sobie głowy tym czego przed chwilą byłem świadkiem. Koniecznie musiałem skupić się na swoich zamiarach. Wydawałoby się, że to nic strasznego i podchodzę do tego zbyt poważnie, ale ten kto nie poznał Choi Yongwoo tak jak ja, niech lepiej nie wyraża opinii. Ulica, którą podążałem była wręcz klaustrofobiczna, domy szeregowe tworzyły jakby niekończący się tunel, a przez to, że były dość wysokie można było odnieść wrażenie, że tworzą kopułę i człowiek przebywa w zamkniętym pomieszczeniu. Ktoś kto szedł tędy pierwszy raz faktycznie mógł czuć się niekomfortowo, jednak ja po prostu nie zwracałem już na to uwagi. Wiedziałem, że droga wbrew pozorom nie jest długa. Szedłem tak, dopracowując szczegóły planu. Pozostało mi dosłownie parę kroków do zakrętu, prowadzącego do głównej drogi i tym samym do domu mojej „koleżanki”. Przemierzyłem tę odległość i w miejscu, gdzie miałem skręcić, zatrzymałem się. Droga ciągnęła się jeszcze kawałek, a nieco dalej ode mnie stały dwie nienaturalnie wysokie postaci. Sądząc po budowie ciała, byli to mężczyźni. Rozmawiali wyraźnie zdenerwowani. Starałem się zrozumieć cokolwiek. Wychwyciłem krótki urywek.


„Znów nie podołaliśmy zadaniu. Jak to możliwe, że ich nie wyczuwamy? Nie mogli rozpłynąć się w powietrzu.”




1 komentarz:

  1. Widzę że to ostatni post jaki dodałaś co bardzo mnie smuci bo bardzo podoba mi się to opowiadanie, mam nadzieję że jeszcze je skończysz bo chce wiedzieć co dalej.
    Pisz dalej, a napewno będę to czytać.
    Życzę dużo weny ;)

    OdpowiedzUsuń